accelerando.rtf

(4891 KB) Pobierz
Goleman Daniel - Inteligencja Emocjonalna(z txt)

 

Charles Stross

ACCELERANDO

Podziękowania

Napisanie tej książki zajęło mi pięć lat to mój osobisty rekord i nie

byłoby możliwe bez wsparcia i zachęty moich licznych przyjaciół oraz paru

życzliwych redaktorów. Do osób, które komentowały moje wczesne szkice,

należą: Andrew J. Wilson, Stef Pearson, Gav Inglis, Andrew Ferguson, Jack

Deighton, Jane McKie, Hannu Rajaniemi, Martin Page, Stephen Christian,

Simon Bisson, Paul Fraser, Dave Clements, Ken MacLeod, Damien

Broderick, Damon Sicore, Cory Doctorow, Emmet OBrien, Andrew Ducker,

Warren Ellis i Peter Hollo. (Jeśli na liście brakuje czyjegoś nazwiska, winna

jest moja pamięć, gdyż neuronowe protezy mam chwilowo wyłączone).

Wspomniałem wcześniej o paru życzliwych redaktorach: mogłem

polegać na pełnej talentu sztuce akuszerskiej Gardnera Dozois, redagującego

wówczas Asimovs Science Fiction Magazine, oraz Sheili Williams,

dyskretnie i skutecznie dbającej, aby wszystko grało. Miała w tym swój

udział także moja agentka, Caitlin Blasdell; pragnąłbym również

podziękować za cenne uwagi i rady moim redaktorom Ginjer Buchanan z

wydawnictwa Ace i Timowi Holmanowi z wydawnictwa Orbit.

Na koniec chciałbym także podziękować wszystkim, którzy dopytywali

się w e-mailach, kiedy ukaże się książka, oraz głosowali na nominowane do

nagród opowiadania. Znakomicie udało się wam skłonić mnie do

koncentracji, nawet w chwilach, gdy wydawało mi się, że całe

przedsięwzięcie mnie przerasta.

POWOLNE WZNOSZENIE

Pytanie, czy komputer potrafi myśleć, jest równie ciekawe, jak pytanie, czy okręt

podwodny umie pływać”.

Edsger W. Dijkstra

Rozdział 1

Langusty

Manfred znów jest w trasie: pomaga bogacić się nieznajomym.

Jest upalny letni wtorek. Stoi na placu przed dworcem Centraal, ma

włączone gałki oczne. Kanał skrzy się słońcem, wokół śmigają skutery i

rowerzyści-kamikadze, ze wszystkich stron trajkocą turyści. Plac pachnie

wodą, ziemią, rozgrzanym metalem i spalinami z zimnych katalizatorów, jak

pierdnięciem; w tle podzwaniają tramwaje, nad głową fruwają ptaki. Zerka w

górę, pstryka fotkę gołębiowi, kadruje zdjęcie i wypluwa je na swój blog,

żeby pokazać, że dojechał. Mają tu dobre pasmo, zauważa, zresztą, nie tylko

pasmo, cała sceneria jest niezła. Amsterdam już sprawia, że czuje się

potrzebny, choć dopiero wysiadł z pociągu ze Schiphol. Zaraża się

dynamicznym optymizmem innej strefy czasowej, innego miasta. Jeśli ten

nastrój się utrzyma, ktoś tu się rzeczywiście nieźle wzbogaci.

Ciekawe, kto to będzie.

* * *

Manfred siedzi na stołku na skraju parkingu przy Brouwerijt IJ,

przygląda się przegubowym autobusom i popija jedną trzecią litra gueuze, tak

cierpkiego, że pierzchną wargi. Kanały jazgocą mu w kąciku wyświetlacza

HUD, rzucając weń skompresowanymi infopakietami przefiltrowanych

informacji dla prasy. Walczą o jego uwagę, migocąc i po chamsku falując na

pierwszym planie. Na przeciwnym rogu, przy poobijanych motorowerach,

gada sobie i chichocze paru żuli może lokalnych, choć raczej wędrownych,

zwabionych do Amsterdamu przez magnetyczne pole tolerancji, którym

Holandia promieniuje na Europę jak pulsar. Na kanale pyrka łódź z

turystami; po drodze przemykają cienie skrzydeł ogromnego wiatraka. To

maszyna do przepompowywania wody, na XVI-wieczny sposób

zamieniająca siłę wiatru w suchy ląd. Manfred czeka na zaproszenie na

imprezę, ma tam poznać człowieka, z którym pogada o zamianie energii w

przestrzeń na sposób XXI-wieczny i zapomni przy okazji o osobistych

problemach.

Nie zwraca uwagi na okienka komunikatora, rozkoszując się intensywną,

wolnoprzepustową chwilą przy piwie, w towarzystwie gołębi, gdy wtem

podchodzi do niego kobieta i pyta:

Pan Manfred Macx?

Manfred unosi wzrok. Kurierka jest Efektywnym Cyklistą: same płynnie

pracujące, opalone od wiatru mięśnie, obleczone w pean na cześć tworzyw

polimerowych neonowobłękitna lycra i żółty jak osa poliwęglan, upstrzony

diodami detektorów kolizji i ciasno zwiniętymi poduszkami powietrznymi.

Podaje mu pudełko. Manfred waha się przez chwilę, zdumiony, jak bardzo ta

kobieta kojarzy mu się z Pam, byłą narzeczoną.

Jestem Macx odpowiada, przesuwając wierzchem lewego nadgarstka

pod czytnikiem kodów kreskowych. Od kogo to?

Od FedEksa. Głos nie należy do Pam.

Kobieta rzuca mu pudełko na kolana, przeskakuje przez niski murek i

wsiada na rower. Jej telefon już ćwierka. Kurierka znika w obłoku emisji o

rozproszonym widmie.

Manfred obraca pudełko w dłoniach: jednorazowy telefon z

supermarketu, przedpłacony gotówką tani, skuteczny i nie do wyśledzenia.

Ma nawet funkcję telekonferencji za to tak go lubią wszyscy szpiedzy i

rozmaici oszuści.

Pudełko dzwoni. Manfred rozrywa wieczko i trochę zły wyciąga aparat.

Słucham? Kto mówi?

Głos po drugiej stronie ma silny rosyjski akcent, w epoce tanich usług

tłumaczących w czasie rzeczywistym zakrawający niemal na parodię.

Manfred. Miło mnie was słyszyć. Chcecie spiersonalizować swój

interfiejs, poznajomić się, nie? Mam wielie do zaoferowania.

Kto mówi? podejrzliwie powtarza Manfred.

Ja, organizacja znana dawniej jako KGB kropka RU.

Pana translator chyba źle działa. Manferd delikatnie trzyma telefon

przy uchu, jakby był zrobiony z wątłego jak dym aerożelu, kruchego jak

zdrowie psychiczne osoby po drugiej stronie.

Niet nie, przepraszam. Przepraszam, że nie korzystam z

kommiersyjnego tłumacza. Oni s...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin