Grzegorz Winiewski Płomień Tiergarten 1. Kolumna postaci odzianych w buropiaskowe, sięgajšce ziemi płaszcze wolno wypełzła zza drzew i ruszyła noga za nogš szerokim lenym traktem. Poranek był chłodny. Z pysków oficerskich koni, idšcych w awangardzie, unosiły się kłęby pary. Wprawdzie zza horyzontu wychynęło już słońce, ale dywan burych chmur nie pozwalał jego promieniom dotrzeć do spragnionej ciepła ziemi. Niesprzyjajšca aura wyranie pogarszała nastroje żołnierzy. Nad kolumnš unosiło się od czasu do czasu pełne jadu rosyjskie przekleństwo, a skuleni w siodłach oficerowie puszczali je mimo uszu. Też mieli najwyraniej doć tej ekspedycji. Katarina odjęła na moment lornetę od oczu i zaklęła pod nosem. Ci rosyjscy durnie leli wprost w zasadzkę. Spojrzała w prawo, kciukiem włšczajšc obwody termowizyjne. Trakt przebiegał pomiędzy dwoma niewysokimi pagórkami, pokrytymi gęstym liciastym borem i kępami krzewów. Rosyjski kapitan nie powinien pakować się na tę drogę bez wysłania przodem patrolu kozackiego. Zresztš, poprawiła się wyostrzajšc lornetę, i tak niczego by nie zauważyli. Przez termowizor dostrzegła białe widma kilkunastu postaci, zaczajonych na tle czarnogranatowej pustki lasu. Zatoczyła głowš łuk. Były tam co najmniej dwa plutony, to samo na pagórku po drugiej stronie drogi. Wepchnęła lornetę do futerału i do oka podniosła celownik optyczny swojego SturmSchützera. Po krótkim poszukiwaniu dostrzegła jednego z zaczajonych żołnierzy, odzianego w maskujšcy mundur i wspartego o kolbę długiego karabinu. Mogła go z łatwociš dosięgnšć, ale cóż z tego. Rosyjskie kompanie i tak były już skazane na zagładę. Jakby w odpowiedzi na jej myl po obu stronach drogi rozległ się szczęk granatników i w rodku rosyjskiej kolumny eksplodował łańcuch ognistych fontann. Między końmi oficerów jaskrawo rozbryznęły się dwa granaty fosforowe. Jedno czy dwa zwierzęta przewaliły się na bok konajšc w drgawkach i przygniatajšc jedców. Pozostali bezładnie spadali z grzbietów szalejšcych wierzchowców albo zeskakiwali potykajšc się o poły płaszczy. Spomiędzy drzew zagrzmiała palba i otumanione szeregi rosyjskiej piechoty przerzedziły się. Do akcji włšczyły się dwa wielolufowe karabiny maszynowe koszšc z dobrze zamaskowanych stanowisk czoło kolumny. Salwa granatników podniosła znów fontanny ziemi i odłamków. Lenš drogę niemal całkowicie ogarnšł tuman wzburzonego pyłu, tak, że niewiele było widać z tego, co tam się działo. Do uszu Katariny docierały tylko odgłosy strzałów i eksplozji oraz przytłumione jęki rannych. - Sałdaty, wpieriod! - krzyknšł dowódca, wstajšc z kolan i wzniesionš szablš wskazujšc na północny pagórek. - Za cara i wielikuju Rossiju! Za... - strzał strzelca wyborowego powalił go w pył drogi. - W sztuki! Wpieriod! - podchwycił który z młodszych oficerów. Nierówna falanga piechoty runęła poprzez zarola, osadzajšc na swoich kapiszonowych karabinach długie jęzory bagnetów. Chcieli ze wszystkich sił zewrzeć się z niewidocznym wrogiem, wyrwać się z pułapki ostrzeliwanego traktu, na którym zostało tak wielu ich kolegów. Katarina przez moment mylała, że majš szansę. Jeżeli dotrš pod osłonę krzaków, stanš się bezpieczni od ognia z drugiej strony drogi. Nie doceniła jednak maestrii zasadzki. Zaledwie Rosjanie wpadli na skraj lasu, rozległy się tam silne detonacje, trysnęły kłęby drewnianych strzępów i odłamków. Korony niektórych drzew zafalowały, a poszycie zajęło się ogniem. Zaraz zrozumiała, co się stało. Miny. Pobocze traktu roiło się od min. Rozległy się przenikliwe sygnały gwizdków. Granatniki zaprzestały ostrzału. Ogień z obu pagórków zgęstniał, a płytki wšwóz niemal zatrzšsł się od gromkiego "Hurrrraaaa! ", gdy na Rosjan ruszyli naraz żołnierze z obu stron drogi. Po jakiej minucie spomiędzy drzew wypadło kilkadziesišt przerażonych, odzianych w buropiaskowe płaszcze postaci i z rozpaczš zaległo po obu stronach drogi, kryjšc się wród porzuconego sprzętu, ciał swoich towarzyszy i koni. Nad lasem na moment zapadła cisza. Katarina przyjrzała się sytuacji przez celownik. Atakujšcy zatrzymali się w odległoci jakich pięćdziesięciu metrów od traktu. Co planowali? Wród drzew kto chrzšknšł przez tubę nagłaniajšcš. - Russkije sałdaty! Was ostałos' mało, waszi oficiery pogibli, u was niet szansow na spasienije. Sdawajties'! - powiedział miękki, spokojny głos. Który z żołnierzy strzelił w tamtym kierunku. Niemal natychmiast przygwodził go strzelec wyborowy. Głos powtórzył apel jeszcze dwa razy, ale już po pierwszym niektórzy Rosjanie wstawali, rzucajšc broń. Ostatecznie poddali się wszyscy. Katarina zgrzytnęła zębami. Gdyby to byli żołnierze Rzeszy... Spomiędzy drzew wyłoniło się kilkanacie postaci w maskujšcych mundurach i spędziło wszystkich jeńców w niewielkš, ponurš gromadę. W tej ekspedycji brały udział co najmniej dwie kompanie, oceniła Katarina, ale bez szwanku wyszło z niej nie więcej jak czterdziestu Rosjan. Nie było wród nich żadnego oficera. Przyjrzała się spacerujšcym po pobojowisku grupkom zwycięzców. Każdy z nich miał tornister i samopowtarzalny model karabinu, o niebo lepszy od kapiszonowej broni rosyjskiej. Ale najbardziej interesujšcš częciš był mundur. Składała się nań krótka, gruba kurtka i spodnie niknšce w sięgajšcych nieco ponad kostkę solidnych butach. Materiał wyglšdał, jakby pokryto go drobniutkimi, długimi strzępami tkanin w różnych odcieniach zieleni. Kogo odzianego w taki mundur można było w biały dzień z kilku metrów wzišć za przeroniętš kępkę trawy. Jedna tylko rzecz nie pasowała do reszty. Rzecz, której Katarina nauczyła się nienawidzić z całej duszy. Wyhaftowana czerwonymi nićmi na prawym rękawie, stylizowana sylwetka orła w koronie. - Verdammte polnische Schweine - mruknęła z wciekłociš pod nosem. - Ich hasse Euch! Pochyliła się nad swoim karabinem i nie baczšc na niebezpieczeństwo, z odległoci dwustu metrów cięła seriš trzy najbliższe postacie w maskujšcych mundurach. - Ich hasse! Ich hasse! Ich hasse! 2. Pierwszš rzeczš, która przychodziła jej do głowy na myl o Polakach, było morze płomieni i uczucie bezradnej nienawici. Pamiętała Reichstag zamieniony w kupę gruzów, płomienie i dywan ciał pokrywajšce całš Unter den Linden, a także zasnuwajšcš niebo kurtynę czarnego, smolistego dymu. Widziała cienie czterosilnikowych polskich lataczy, bombardujšcych z pułapu zbyt wysokiego dla przechwytujšcych myliwców Rzeszy. Te obrazy wyryte były na zawsze w sercu każdego berlińczyka. Doszła do tego jeszcze gorycz porażki, gdy w sierpniu 1947 roku polskie armie pancerne przedarły się przez Odrę, zajmujšc Brandenburgię i Turyngię oraz zdobywajšc Berlin. wietnie rozpoczęta wojna sudecka nie zakończyła się dla Rzeszy pomylnie. Rozgromienie Francji, odbicie Alzacji i Lotaryngii okazało się niczym wobec ofensywy ze wschodu. Prawdziwy wróg krył się włanie tam. Katarina gorzko płakała w dniu, w którym zdolny generał Heinz Guderian podpisywał kapitulację. Obiecała sobie, że nie dopuci, aby Rzesza i Cesarz zostali ponownie znieważeni. Przystanęła na moment i poprawiła wyprofilowane szelki plecaka. Zerknęła najpierw na mapę, a potem przed siebie. Dostrzegła fragment cieżki, prowadzšcej ostro pod górę, aż na szczyt niewielkiego zalesionego wzniesienia. Sprawdziła busolę. To był dobry kierunek, prawie była już u celu. Rozpoczęła wspinaczkę starajšc się trzymać brzegu dróżki, jej wietnie wytrenowane ciało bez protestu znosiło tempo marszu. Podobno to który z cesarskich historyków zwrócił uwagę na przeszłoć. Na wojnę 1864 roku, przez Polaków nazywanš wyzwoleńczš. Katarina kilkakrotnie przeglšdała stare zapisy z tamtego okresu oraz stosy traktujšcych na ich temat opracowań i zawsze zdumiewała się, że nikt nie zwrócił wczeniej uwagi na łatwoć, z jakš Polacy odnieli zwycięstwo. Najpierw pokonali interwencyjne armie rosyjskie, a potem kilka korpusów Rzeszy, idšcych na pomoc dziesištkowanym wojskom Aleksandra II. A przecież poczštkowo sytuacja nie wyglšdała na gronš. Po wyeliminowaniu oddziałów buntowników Langiewicza i Kurowskiego, po zwycięstwach pod Miechowem i Grochowiskami Rosjanie doszli do wniosku, że czeka ich długotrwała wojna partyzancka. Polacy nie wydawali się zdolni do wystawienia większego zwišzku taktycznego. Tak sšdzili do lipca, kiedy to oddział polskiego generała Kruka rozbił konwój rosyjski pod Żyrzynem i dał się otoczyć pod Fajsławicami, w województwie lubelskim. Z pomocš jakiej wieżej polskiej jednostki pokonał przeważajšce siły pułkownika Szewczenki. Kiedy zaniepokojony tym głównodowodzšcy armii carskiej w Królestwie, generał Teodor Berg, ruszył z korpusem warszawskim zbadać sytuację, nadział się pod Dęblinem na dwie regularne polskie dywizje. Obie wyszkolone tak, jak żadne inne wojsko na wiecie i uzbrojone w wietnš, francuskš - jak głosiły plotki - broń. Po całodziennym boju w okršżeniu, wobec prawdziwej masakry kawalerii Rosjanie poddali się. Długo nikomu nie przyszło do głowy, że ta przewaga mogła zostać spowodowana czym innym, niż słynnš walecznociš Polaków. Katarina zeszła ze cieżki między krzaki i zaczęła wspinać się po kamienistym, niezbyt stromym zboczu. Gdy stanęła na szczycie, schowała mapę do kieszeni i odpięła od pasa spłaszczony walec nadajnika. Rozejrzała się. Rosło tutaj kilkanacie drzew i trochę krzaków, ale większoć pagórka zajmował olbrzymi głaz narzutowy, pozostałoć epoki lodowcowej. Obeszła go od północnej, poroniętej mchem ciany i wcisnęła guzik nadajnika. Przez chwilę czekała w napięciu, czy co się wydarzy. Inżynierowie Orodka Temporalnego Rzeszy często mówili o krzywej Heisenberga-Kortenaera i dużym rozrzucie czasowym transmitowanych obiektów. Jej docelowš datš był marzec 1863 roku, a trafiła na pełnię lata. Pytani...
Poszukiwany