Heidi Perks - Jak mogłaś.pdf

(2220 KB) Pobierz
Dla Bethany i Josepha.
Miejcie wielkie marzenia i wierzcie w siebie
– Nazywam się Charlotte Reynolds. – Pochylam się, mówiąc do
magnetofonu, choć sama nie wiem dlaczego. Może czuję po prostu
potrzebę, żeby przynajmniej moje imię i nazwisko zabrzmiały wyraźnie
i zdecydowanie. Sięgam po stojącą przede mną szklankę, chwytam ją
opuszkami palców i powoli obracam w lewo, patrząc, jak woda w środku
marszczy się, tworząc malutkie fale. To, że wstrzymuję oddech, dociera do
mnie dopiero wtedy, gdy głośno wypuszczam powietrze z płuc.
Zegar na pustej białej ścianie migocze jaskrawą czerwienią. 21:16.
Dzieci są już pewnie w łóżkach. Tom powiedział, że zostanie na noc, w
gościnnym pokoju. „Nie martw się – zapewnił, gdy do niego zadzwoniłam.
– Nigdzie się stąd nie ruszę, dopóki nie wrócisz”. Nie tym się martwiłam,
ale nie powiedziałam mu tego.
Dom wydaje się taki daleki od tego miejsca. Od dusznego białego
pokoju z trzema krzesłami i biurkiem, na którym stoi magnetofon.
Zaczynam się zastanawiać, jak długo tu jeszcze będę. Ile mogą mnie
trzymać? Kiedy zdecydują co dalej? Od czasu festynu bałam się zostawić
dzieci. Zrobiłabym wszystko, żeby otulać je teraz kołdrą do snu, móc
wdychać znajome zapachy, przeczytać jeszcze raz bajkę, o którą zawsze tak
proszą.
– Nie zatrzymają cię tam, prawda? – zapytał Tom przez telefon.
– Nie, chcą tylko zadać kilka pytań. – Starałam się nie myśleć o tym,
że traktuję pobyt na komisariacie tak zwyczajnie. Nie powiedziałam
Tomowi, że policjantka spytała, czy chcę, żeby ktoś ze mną był, a ja
ZARET
odmówiłam i zapewniłam, starając się o pogodny ton, że nikogo nie
potrzebuję, bo chętnie opowiem wszystko, co wiem.
Palce zaczynają mi drżeć, więc odrywam je od szklanki i chowam pod
biurkiem, mocno je zaciskając, żeby krew szybko napłynęła.
– Tak więc, Charlotte... – zaczyna pani detektyw, przeciągając
samogłoski. Zapytała, czy może mówić mi po imieniu, lecz nie
zaproponowała wzajemności. Wiem, że ma na imię Suzanne, bo
powiedziała to do magnetofonu, ale raczej nie oczekuje, że tak się do niej
będę zwracać. Przedstawiła mi się przecież jako komisarz Rawlings.
Drobna rzecz, a pokazuje, kto tu rządzi.
Czuję, że ściska mnie w gardle, gdy czekam, aż zapyta, co tam robiłam
dziś wieczorem. Prawda pod wieloma względami byłaby najlepsza.
Zastanawiam się, czy wypuściłaby mnie, żebym mogła wrócić do domu, do
dzieci, gdybym ją jej powiedziała.
Przerywa jej pukanie do drzwi. Unosi głowę, żeby spojrzeć na
policjantkę, która wsuwa głowę do pokoju.
– Nadkomisarz Hayes jedzie już z Dorset – mówi funkcjonariuszka. –
Powinien być za trzy godziny.
Rawlings dziękuje jej skinieniem głowy i drzwi się zamykają.
Nadkomisarz Hayes prowadzi sprawę Alice Hodder. Od dwóch tygodni jest
on, jak się zdaje, stałym elementem mojego życia, więc zaczynam się
zastanawiać, czy będą mnie tu trzymać do jego przyjazdu. Pewnie będzie
chciał ze mną porozmawiać. Gdy myślę, że miałabym tkwić zamknięta
w tym pokoju przez kolejne trzy godziny, wydaje mi się, że ściany zaczęły
się przybliżać. Nigdy dotąd nie miałam klaustrofobii, ale w tym momencie
czuję się jak w pułapce, co sprawia, że mam zawroty głowy. Mrugam
oczami, żeby odpędzić to złudzenie.
– Wszystko w porządku? – pyta komisarz Rawlings. Jej surowy głos
brzmi tak, jakby miała się zirytować, gdybym nie potwierdziła.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin