5 Bunt Angeliki - Golon Anne i Serge.pdf

(1775 KB) Pobierz
BUNT
Z francuskiego przełożyła
Magdalena Dziamska
OGIEŃ SIĘ BUDZI
ROZDZIAŁ I
Przybywszy do Marsylii, pan de Breteuil, który aresz­
tował Angelikę w Ceucie, kazał ją zamknąć w forcie ad­
miralicji.
Zdarzenie to pozwoliło wreszcie odetchnąć z ulgą po­
czciwemu wysłannikowi królewskiemu, nie zaznał bowiem
spokoju od czasu, gdy markiza du Plessis-Belliere tak nie­
cnie wywiodła go w pole.
Tymczasem ona, znalazłszy się po raz kolejny w małej,
brudnej i ciemnej celi, poczuła, że jest u kresu wytrzymało­
ści. Tym bardziej że właśnie tutaj zdała sobie sprawę, iż
spodziewa się dziecka.
Stało się to drugiego dnia po uwięzieniu, kiedy świado­
mość powtórnej utraty wolności dotarła do niej w całej
pełni.
Mając nad głową jedynie mały kwadracik nieba, wykro­
jony żelaznymi kratami, czuła, jak coraz bardziej braknie
jej powietrza. Całą noc zmagała się ze straszliwym uczuciem,
że pogrzebano ją żywcem. Wrażenie to potęgowało się, jak
tylko zamykała oczy. Nad ranem nerwy odmówiły posłu­
szeństwa.
Jak małe dzikie zwierzątko rzuciła się do drzwi, bijąc
pięściami, bez jednego krzyku, nieczułe drewno. Była bliska
szaleństwa, co dodawało jej sił.
„Nieba! Przestrzeni! Powietrza! Ja, której życie nieroze­
rwalnie wiązało się z otwartą przestrzenią, zamknięta w tym
grobie!" Świadomość tego wyzwalała w niej kolejne ataki
furii. I jak ptak nie przyzwyczajony jeszcze do klatki zaczęła
7
uderzać w twardą zaporę z drewna i żelaza. Odgłosy były
nikłe. Jej wiotkie dłonie, noszące ślady cierpień doznanych
na pustyni, robiły tyle hałasu co ptasie skrzydła. Wreszcie
z powodu bólu poranionych rąk zaniechała tej czynności
i przywarła do ściany w strachu i zniechęceniu. Wodziła
oczami od drzwi do zakratowanego okienka, odzyskując
siły dzięki skrawkowi błękitu, którego widok był dla niej
tym, czym woda dla spragnionego.
Tak, tym razem Osman Ferradżi nie przybędzie, nie za­
bierze jej pod szerokie niebo, by mogła sycić oczy bez­
miarem przestrzeni. Otaczali ją cudzoziemcy o ponurych
wejrzeniach, pełni absurdalnych podejrzeń. Nie znali słów
„wolność i przestrzeń". W Paryżu prześladował ją książę
de Vivonne, usiłujący zmazać stare winy wobec monarchy,
w Marsylii zaś — admirał, gotów spełnić każdą prośbę
pana de Breteuila, a ona nie miała już siły, by stawić czoło
komukolwiek. Czuła się tak zmęczona jak jeszcze nigdy
przedtem, nawet na drogach Rifu. Podróż z Ceuty do Mar­
sylii, z postojem w Kadyksie, w czasie której dzień po dniu
traciła odwagę, była dla niej pasmem udręki. Czyżby w mo­
cy pana de Breteuila było odebranie Angelice energii utrzy­
mującej ją dotąd przy życiu?
Powoli wyciągnęła się na posłaniu. Twardy siennik jej
nie przeszkadzał, spała tu o wiele lepiej niż w miękkiej
dworskiej pościeli. Niemniej jedynym posłaniem, o jakim
naprawdę marzyła, była pachnąca murawa w cieniu cedrów.
Znowu powędrowała spojrzeniem ku drzwiom. „Ile już
takich zamkniętych drzwi oglądałam w życiu?" — prze­
mknęło jej przez myśl. Za każdym razem były masywniejsze
i nie do przebycia. Czyżby tak z nią igrał los, tak karał
córkę Monteloupa za szczęśliwe dzieciństwo, kiedy prze­
mykającą boso po lasach i zagajnikach, zakochaną w wol­
ności, lud brał za czarodziejkę?
„Nie przejdziesz!" — zdawały się mówić drzwi. Za każ­
dym razem, gdy je omijała, inne natychmiast zagradzały jej
drogę. Po królewskich bramach przyszła kolej na kraty
haremu Moulaja Ismaila, a dziś znowu król demonstruje
swoją siłę. Czyżby rzeczywiście był najmocniejszy?
Pomyślała o Fouąuecie, markizie de Yardesie, zamknię-
8
tych jak ona w twierdzy Pignerol, niedaleko stąd. Pomyślała
o wszystkich tych, którzy za drzwiami więzień latami płacą
za zbrodnie o wiele mniejsze niż te, jakie sama popełniła.
Przytłoczyło ją poczucie osamotnienia i niemocy. Sta­
wiając stopy na ziemi francuskiej, zdała sobie sprawę, że
znalazła się w kraju, w którym ludźmi kierują tylko dwie
pobudki: strach i miłość do króla. W tych stronach siła
fizyczna i psychiczna jakiegoś tam Colina Paturela, jego
niewyobrażalna dobroć, żywa inteligencja były bez wartości.
Byle głupiec noszący perukę i złote spinki u mankietów
mógł nim pogardzać! Tutaj Colin był tylko bezsilnym, bied­
nym marynarzem. Nawet wspomnienie o nim nie mogło
przynieść ulgi — zniknął z jej życia tak, jakby umarł.
Zawołała półgłosem:
— Colinie, Colinie, mój bracie, mój przyjacielu!
Wzruszenie przyprawiło ją o słabość. Poczuła, jak oblewa
ją zimny pot. Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że urodzi
dziecko Colina.
W Ceucie zanik pewnych naturalnych procesów fizjo­
logicznych właściwych jej płci kładła na karb nadludzkiego
zmęczenia, rujnującego organizm, ale teraz narzucało się
inne wyjaśnienie, nie budzące nawet najmniejszych wątp­
liwości — oczekiwała dziecka! Dziecka Colina Paturela!
Dziecka pustyni! Leżała chwilę nieruchomo, zwinięta w kłę­
bek, pozwalając, by pewność ta owładnęła jej serce...
Najpierw przyszło zdziwienie, później cudowny spokój,
w końcu radość...
Tak, radość! Nie rozpacz, wstyd, ostatnia kropla goryczy,
lecz radość!
Zbyt mocno czuła się jeszcze cząstką pustyni, by odnaleźć
w sobie duszę francuskiej wielkiej damy. Coś wzywało ją
do tych nocy przetykanych złotym blaskiem, podczas któ­
rych siła miłości miała smak śmierci i zapach wieczności.
W Ceucie odnalazła gorsety, haftowane narzutki, cienką
bieliznę, ale skóra jej zachowała szorstkość i pamiętała żar
na nodze czy ślady biczowań na plecach. Stopy, obute
w eleganckie pantofelki, były zrogowaciałe od kamienistych
ścieżek Rifu.
9
Zgłoś jeśli naruszono regulamin