Steelle Danielle - Kalejdoskop.txt

(615 KB) Pobierz
 Danielle Steel 
Kalejdoskop 

migotliwy, pierwszy moment życia, niczym w morzu diament roziskrzony w pełnym słońcu, gorejšcy płomień, nowe imię - janiejšce wiatło, maleńki obrót potem i po raz pierwszy nadchodzi ciemna noc, a po niej znowu szczęcie bajek i tkliwoć kołysanek, serca należšce do siebie aż jedno zostanie samotne, od pierwszego brzasku po najgłębszy zmrok, od słońca poranka po sny o zmierzchu, fantastyczne plany, i życie, które czasem bieży krętš cieżkš, wielkie nadzieje nagłe zwroty z jasnoci w ciemnoć z poniżenia w wielkoć, z radoci w smutek, wieczne oczekiwanie na jutro, na odmianę losu, promyk nadziei... poruszenie ręki - i życie zmienia swój bieg i koleje... a wszystko za sprawš jednego drgnienia kalejdoskopu życia. Częć pierwsza: Solange Rozdział 1 Dwudziestego czwartego grudnia 1943 roku na północny wschód od Neapolu padały ulewne deszcze. Sam Walker, szczelnie opatulony w pałatkę, zwinšł się w okopie. Miał dwadziecia jeden lat i nigdy przed wojnš nie był w Europie. Przebył piekielnš drogę, by ujrzeć ten wiat, i zobaczył nawet więcej, niż kiedykolwiek chciał. Przebywał za oceanem od listopada czterdziestego drugiego; do maja czterdziestego trzeciego walczył w północnej Afryce i brał udział w operacji Torch. Uważał, że Afryka jest okropna z tym jej miertelnym goršcem, pustynnymi wiatrami i olepiajšcymi piaskowymi burzami, sprawiajšcymi, że oczy stajš się czerwone i piekšce, a łzy cišgle spływajš po policzkach. Lecz to, co się działo tutaj, było jeszcze gorsze. W skostniałych z zimna dłoniach ledwo mógł utrzymać niedopałek, który dostał od kumpla na gwiazdkę. O zapaleniu nie było mowy. Wiatr od gór przenikał człowieka do szpiku koci; była to najgorsza zima, jakš pamiętano we Włoszech. Przynajmniej tak się mówiło. Nagle zatęsknił za upalnym skwarem pustyni. Na Sycylii znalazł się w lipcu z 45 Pułkiem Piechoty, odkomenderowanym do Pištej Armii Clarka; w padzierniku, po desancie na Sycylię, brał udział w bitwie o Neapol. Potem była bitwa pod Termoli, a teraz, już od dwóch miesięcy, czołgali się przez skały i rowy w kierunku Rzymu. Ukrywali się w przydrożnych stodołach, kradli jedzenie, walczyli ze wszystkich sił z Niemcami i przelewali krew za każdy zdobyty centymetr drogi. - Psiakrew! - namokła mu ostatnia zapałka; niedopałek, jego jedyny prezent gwiazdkowy, również. Miał dwadziecia jeden lat i gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, studiował w Harvardzie. Harvard... na myl o tym rozemiałby się, gdyby nie był tak bardzo zmęczony. Harvard... z jego wspaniałym życiem i starym kwadratowym dziedzińcem, pełnym promiennych młodych ludzi, tak pewnych, że którego dnia będš rzšdzić wiatem. Gdyby tylko wiedzieli... trudno teraz uwierzyć, że kiedykolwiek stanowił częć tego wszystkiego. Tak cholernie ciężko pracował, by się tam dostać. Zwykły mieszczuch z Somerville, przez całe życie marzył o studiach w Harvardzie. Siostra wymiewała się z niego, gdyż ona pragnęła jedynie wyjć za mšż za jakiego chłopca ze starszej klasy. Każdy się nadawał, a wielu z nich z pewnociš przeszło próbę w łóżku. Trzy lata starsza od Sama, była już rozwódkš, gdy po roku różnych dorywczych prac, których się chwytał ukończywszy szkołę redniš, dostał się do Harvardu. Ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym podczas wycieczki na Cape Cod, kiedy miał piętnacie lat. W rezultacie wylšdował u Eileen i jej osiemnastoletniego męża. Odszedł na cztery miesišce przed ich rozwodem. Od tego czasu rzadko się widywali. Pojechał pożegnać się z niš w trzy dni po otrzymaniu karty powołania. Pracowała w barze, włosy ufarbowała na blond i ledwo rozpoznał jš w przyćmionym wietle. Z poczštku wydawała się zażenowana, ale zaraz potem spostrzegł w jej oczach ten sam chytry błysk, który pamiętał i którego zawsze nienawidził. Eileen cišgle wyczekiwała na "faceta na stałe" a jej młodszy brat nigdy nie znaczył dla niej zbyt wiele. - A więc... powodzenia. - Stała w ciemnym kšcie baru, wpatrujšc się w niego z zakłopotaniem, on za zastanawiał się, czy powinien pocałować jš na pożegnanie. Zdawało mu się jednak, że chciała jak najszybciej wrócić do pracy i nie miała mu nic więcej do powiedzenia. - Napisz, gdzie cię wysłali. - Tak... naturalnie... trzymaj się ciepło... Żegnajšc się z niš czuł, że znów ma dwanacie lat, i przypominał sobie wszystko, czego w niej nie lubił. Z trudnociš potrafił znaleć w niej jakš dobrš cechę. Zawsze wydawali się sobie ludmi z innych wiatów, prawie innych planet. Torturowała go w dzieciństwie mówišc, że był dzieckiem adoptowanym; wierzył w to do czasu, gdy pewnego dnia matka spuciła jej lanie i powiedziała Samowi w swój patetyczny, pijacki sposób, że Eileen kłamała. Eileen kłamała bez przerwy, kłamała na temat wszystkiego i jeli tylko było to możliwe, obwiniała Sama o swoje postępki, a ojciec jej wierzył. Sam czuł się obco między nimi: wielkim tęgim ojcem, pracujšcym całe życie na łodzi rybackiej, matkš pijšcš za dużo i siostrš, która wychodziła na całe noce. Czasami leżał na łóżku i próbował wyobrazić sobie, jak to jest, gdy jest się czšstkš prawdziwej rodziny, takiej z goršcymi posiłkami na stole i czystš bieliznš pocielowš... rodziny, być może, z Beacon Hill... spędzajšcej lato na Cape Cod... rodziny z małymi dziećmi i psami oraz często miejšcymi się rodzicami. Nie przypominał sobie, by kiedy widział swych rodziców miejšcych się lub trzymajšcych za ręce, i czasami zastanawiał się, czy kiedykolwiek to robili. Po cichu nienawidził ich za tandetny styl życia i za los, na jaki go skazali. Pragnšł czego znacznie lepszego. Oni w zamian nienawidzili go za dobre stopnie, błyskotliwy umysł, udział w przedstawieniach szkolnych i za to, co mówił im o innym życiu, innym wiecie, innych ludziach. Pewnego razu zwierzył się ojcu, że chciałby studiować w Harvardzie, a ojciec spojrzał na niego ze zdziwieniem, jak na kogo obcego. I rzeczywicie był obcy, obcy dla nich wszystkich. Kiedy w końcu wstšpił do Harvardu, spełniły się jego marzenia, a stypendium, które zdobył, było najwspanialszym prezentem, jaki otrzymał w życiu. A póniej ten magiczny pierwszy dzień, ukoronowanie długiej i znojnej pracy, by potem, po trzech miesišcach, wszystko się w jednej chwili skończyło. Deszcz walił w jego przemarznięte dłonie. Nagle usłyszał obok siebie głos. Spojrzał przez ramię. - Chcesz ognia? Skinšł głowš, wyrwany ze swych wspomnień, i ujrzał wysokiego blondyna o niebieskich oczach. Strumienie deszczu spływały mu po policzkach. W tej ulewie każdy wyglšdał, jakby płakał. - Tak, dzięki... - Sam umiechnšł się i przez moment jego oczy rozbłysły jak dawniej. Kiedy, wieki temu, był duszš każdego towarzystwa; marzył, by zostać motorem napędowym kółka teatralnego w Harvardzie. - Przyjemne Boże Narodzenie, prawda? Mężczyzna umiechnšł się. Sprawiał wrażenie starszego niż Walker, lecz i Walker wyglšdał teraz na starszego niż w rzeczywistoci. Po północnej Afryce i kampanii włoskiej wszyscy czuli się staro, a niektórzy nawet tak wyglšdali. - Arthur Patterson. - Przedstawił się tak oficjalnie, że Walker rozemiał się głono, kiedy nagły poryw wiatru zmiótł ich na brzeg okopu. - Czarujšce miejsce, Włochy, no nie? Zawsze chciałem tu przyjechać. Prawdziwie wspaniałe wakacje. - Rozejrzał się wkoło, jakby patrzył na liczne dziewczęta w kostiumach kšpielowych i plaże z niezliczonymi pięknymi ciałami, a Patterson mimo woli wyszczerzył zęby w umiechu i zachichotał. - Jeste tu długo? - Och, jakie tysišc lat. Ostatnie Boże Narodzenie wypadło w Afryce. Cudowne miejsce. Zaprosił nas Rommel. - Z wdzięcznociš przyjšł ogień od wysokiego blondyna, przypalił peta i zacišgnšł się porzšdnie dwa razy, zanim oparzył sobie palce. Podzieliłby się ze swym nowym przyjacielem, ale nie zdšżył, bo deszcz wygasił ostatni centymetr. Spojrzał przepraszajšco na swego dobroczyńcę. - A tak w ogóle, nazywam się Sam Walker. - Skšd jeste? Ze względu na dawne sentymenty chciał powiedzieć, że z Harvardu, lecz zabrzmiałoby to idiotycznie. - Z Bostonu. - Ja z Nowego Jorku. - Tak jakby cokolwiek to znaczyło. Teraz wszystko było nieważne: to tylko nazwy nie istniejšcych miejsc. Realne były Palermo, Sycylia, Salerno, Neapol i Rzym, ich cel ostateczny, jeli w ogóle kiedykolwiek tam dotrš. Wysoki blondyn rozejrzał się dookoła, mrużšc oczy przed deszczem i wiatrem. - Byłem prawnikiem, zanim się to wszystko zaczęło. Dawniej takie słowa wywarłyby na Samie wrażenie, ale teraz zarówno to, kim byli, jak i miejsca, skšd pochodzili, były nieistotne. - Ja chciałem być aktorem. - Nie mówił tego prawie nikomu; z pewnociš nie rodzicom, ani też póniej, po ich mierci, siostrze. Powiedział tylko kilku bliskim przyjaciołom, a i ci miali się z niego. Jego nauczyciele za mówili, że powinien studiować co bardziej wartego zachodu. Lecz nikt nie rozumiał, czym było dla niego granie, co działo się z nim, gdy wchodził na scenę. Przeobrażajšc się w odtwarzanš postać, sięgał, jakby za sprawš magii, w głšb swojej duszy. Znikali znienawidzeni rodzice, siostra, która była mu wstrętna, a razem z nimi wszystkie jego obawy i wahania. Zdawało się jednak, że nikt tego nie rozumie. Nawet w Harvardzie. Jego absolwenci nie byli aktorami: byli lekarzami, prawnikami, biznesmenami, prezesami korporacji i fundacji, ambasadorami... Zamiał się cicho do siebie. Z pewnociš był teraz ambasadorem jak diabli, z karabinem w ręku, ze stale nastawionym bagnetem, by w każdej chwili móc patroszyć swych wrogów, co było jego częstym zajęciem w tym roku. Zastanawiał się, ilu ludzi zabił Patterson i co czuł teraz, ale takiego pytania nie zadaje się nikomu. Każdy po prostu musi żyć ze swoim sumieniem i pamięciš wykrzywionych twarzy i zdziwionych oczu, kiedy wycišga się z człowieka bagnet i wyciera z krwi o ziemię... Popatrzył na Arthura Pattersona oczami starego człowieka; ciekaw był, czy który z nich dożyje następnego Bożego Narodzenia. - Dlaczego chcesz zos...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin